Witam wszystkich oczekujących na rozdział!
Tak, wiem, ja też nie zawsze mam czas. Ale co z tego! Napisałam rozdzialik, może za krótki, nie wiem szczerze, ale mam nadzieję, że Was zadowoli :P. Nie przedłużam, czytajcie, bo na pewno macie jeszcze dużo do zrobienia.
Lilia ;)
***
Rozdział 4
-Suzie… bardzo ładne imię - odparłam. Co tu robisz?
-Mogłabym zadać tobie to samo pytanie…Zresztą twoje imię też jest bardzo ładne.
-Naprawdę?
-A myślisz, że ja żartuję?
Przez dłuższy czas nie mogłyśmy znaleźć sobie tematu do rozmowy. Obserwowałyśmy tylko ulicę i grupkę osób zajmujących się sprawą Emily.
-Właściwie… co tam się stało, że tyle ludzi zgromadziło się wokół tego domu?
-Nie wiem jak by Ci to wytłumaczyć… To moja wina - odpowiedziałam płaczliwym głosem. - Ona zginęła przeze mnie! Ten głupi pająk!
-Czekaj, spokojnie, ktoś zginął?! I mówisz mi to dopiero teraz? - powiedziała Suzie głośno.
-Nie pytałaś…
W tym momencie zobaczyłyśmy pana, który zaczął iść w naszą stronę. Wcześniej rozmawiał z uczestnikami balu, zauważyłam go z daleka, miał taki zabawny cylinder. Kiedy podszedł do nas można było poczuć lekki zapach polnych kwiatów… Czyżby używał kobiecych perfum?
-Dzień dobry dziewczynki… Która z Was to Lilia Spellhutch?
W tym momencie poczułam, że coś rusza się w mojej kieszonce. Zapomniałam o Soni! Myszka szybko wyskoczyła z kieszeni i poruszając śmiesznie wąsami powiedziała:
-Lili, a wąż?
W mgnieniu oka podniosłam się z siedzenia i stanęłam jak wryta. Jak mogłam zapomnieć?!
-Ja jestem Lilia - odpowiedziałam cichutko.
Starszy pan popatrzył na mnie dziwnie i uśmiechnął się pod nosem.
-Będą mi potrzebne twoje zeznania w sprawie śmierci twojej opiekunki.
-A jest to teraz konieczne?
-Niezbędne, aby złapać winnego i zapobiec kolejnym atakom.
-Czyli to się już powtórzyło? - zapytała z przestrachem Suzie.
-Nie… nie ma się czego obawiać. To normalne procedury, szczególnie, że zbliżają się już Mistrzostwa Świata w Quidditchu!
-O co chodzi? - spytałam. Wszystko tu dla mnie jest jakieś obce…
-Nic nie wiesz? - spytała Suzie. - Przecież wszyscy uwielbiają quidditcha!
-Quidditcha? - powiedziałam zdziwiona. - To jakaś potrawa, sklep, może marka samochodu?
-Przecież to NASZ sport! - krzyknęła z zachwytem Suzie. - Każdy czarodziej go zna, nie ma mowy, żeby jakikolwiek przedstawiciel naszej społeczności nie poszedł na mecz Quidditcha.
“Czy ja żyję w innym świecie? Nie wiem o czym ona mówi!” - pomyślałam.
Przeprosiłam na chwilę towarzyszy moich rozmów, po czym razem z Sonią pobiegłyśmy w stronę domu. Pamiętam, że zostawiłam okno otwarte, więc podeszłam od drugiej strony domu do taśm zabezpieczających okolicę i zawołałam węża. Kiedy zobaczyłam go całego i zdrowego, odetchnęłam z ulgą. Przypełzł do nas i razem wróciliśmy na schody owego domu, gdzie powinna czekać Suzie. Dla mnie to normalne, nikt nigdy nie pilnuje co robię, ani mnie nie zauważa. Zastanawiało mnie natomiast dlaczego tak się dzieje.
Kiedy podeszłam do dużego domu, nie zauważyłam nikogo poza starszym panem z długą brodą. Miał śmieszną, dawno już niemodną szarą szatę i dziwną czapkę. Zastanawiałam się co taki dziwny człowiek może robić na tej ulicy, ale w tym momencie przypomniałam sobie poranne zdarzenie. Wszystko wróciło ze zdwojoną siłą. Nie widziałam nawet jak ją zabrali. Gdzie ona jest? Jak ją zabito? I co z jej chłopakiem?! Dlaczego jej to zrobił? A jeszcze Nagini…
Starzec zaczął iść w stronę taśm, aż do owego pana, który chciał ode mnie wyciągnąć zeznania. Uznałam za słuszne, że podejdę, bo w końcu mój wąż jest przy mnie bezpieczny. Na pewno zdziwiliby się widząc go w moim pokoju, może lepiej jest, jak idzie ze mną.
Podeszłam w tamto miejsce i zobaczyłam jakiś mężczyzn, dość głośno rozmawiających ze sobą.
-Przecież to jeszcze dziecko!
-Tak, Bartemiuszu, ale musimy dowiedzieć co się stało! - powiedział mężczyzna w jeszcze wyższym kapeluszu niż pan Bartemiusz. - Każdy szczegół jest ważny, a ministerstwo musi być poinformowane na bieżąco!
-Przepraszam, że się wtrącam, ale mamy słuchaczkę - powiedział starzec z brodą.
W tym momencie grupa mężczyzn popatrzyła na mnie. Poczułam się trochę przytłoczona tym, że nagle wszyscy na mnie spojrzeli. Dużą sensację wzbudził też mój wąż pełznący za mną i Sonia, której głowa lekko wystawała z kieszeni. Nie miałam pojęcia co powiedzieć, więc stałam sztywno.
-Och, to ty - powiedział pan Bartemiusz. - Chodźmy może na chwilę do środka.
Siwiejący z lekka mężczyzna wszedł do domu. Znalazł wolny pokój, należący zapewne do Emily, w którym nigdy nie byłam. Urządzony był po kobiecemu - kolorowe szafki wypełniały ściany, a szafa, szufladki i komoda były w odcieniu pudrowego różu, który kobieta bardzo lubiła. Miała dużo sweterków w odcieniach różu i fioletu, zresztą bardzo do niej pasowały. Ubierała się bardzo modnie, każdy strój odpowiednio dobrany i kuszący stanowił idealne połączenie zniewalające mężczyzn z nóg. Ale niestety, ostatni jej wybór nie był trafny… Obiecała mi nawet, że zostanę druhną. Ślub miał odbyć się za chwilkę, bardzo żałuję,że ceremonia nigdy się nie odbędzie.
Pan Bartemiusz stanął przed oknem i myślał chwilkę. Usiadłam na jednym z fotelików, który okazał być się bardzo wygodny. Cisza, która ogarnęła pokój, budziła we mnie coś w rodzaju nostalgii i tęsknoty. Cały pokoik pachniał jeszcze jej perfumami, chociaż z daleka dochodziła mnie woń perfum mężczyzny.
-Ty jesteś Lilia, tak? Słyszałem, że z Emily byłyście bardzo zżyte.
-Można tak powiedzieć. Bardzo się lubiłyśmy… Nie chciałam, żeby tak się to wszystko potoczyło.
-Nikt z Nas nie chciałby doświadczyć takiej tragedii. Strata rodziny jest bardzo bolesna, sam ją odczułem.
-Nie mam rodziny, Emily była tylko opiekunką. Chociaż w pewien sposób była dla mnie jak matka.
-No cóż, przejdźmy do sprawy. Proszę, opowiedz mi dokładnie wszystko co widziałaś.
I opowiedziałam. Pan Bartemiusz słuchał mnie uważnie, śledząc każde moje słowo, jakby stanowiło klucz do rozwiązania zagadki. Nie wspomniałam mu tylko o rozmowie z Nagini, bo to byłoby na pewno niepokojące.
-Dziękuję, że poświęciłaś mi swój czas. Na pewno jeszcze się spotkamy, jak wyjaśnimy całe zajście.
Kiedy wyszliśmy z budynku grupka ludzi znacznie się zmniejszyła. Zdziwiłam się jednak, kiedy podszedł do nas starzec z długą brodą.
-Bartemiuszu, Lilia zapewne dość już nasłuchała się regulaminów i innych spraw związanych z Ministerstwem. Chciałbym jednak teraz z nią porozmawiać.
Pan Bartemiusz odszedł. Spytałam więc:
-O co chodzi?
-Drogie dziecko. Nie wiem czy domyślasz się co zaszło - przypuszczam, że było to morderstwo. Nie chcę Cie straszyć, ale sądzę, że nie stało się to przypadkiem.
-Co Pan przez to rozumie?
-Jakby Ci to wytłumaczyć… Nasz świat jest obecnie podzielony. Wielu zwolenników pewnego człowieka jest na wolności. Zagrażają oni naszemu bezpieczeństwu - poszukują kogoś bardzo im potrzebnego. Poznałaś pewnie Suzie? Ona również zna osobę, której owi źli ludzie chcą znaleźć. A że jesteście w tym samym wieku, na pewno dogadałyście się bez problemu. 3 lata temu musiało dojść do pewnej pomyłki… List do Ciebie musiał nie dotrzeć w odpowiednie miejsce, lub został zniszczony. Nie wiem jak to się stało - księgi zapisały Cię jako niechętną do uczęszczania do naszej szkoły. Postanowiłem Ci wręczyć go osobiście.
Starzec podał mi kopertę, opieczętowaną i nieotwieraną. Zapisany był na niej nawet mój adres. Kiedy ją otworzyłam, nie byłam pewna, czy to co widzę jest prawdziwe.
***
Pamiętajcie o komentowaniu, bez Waszych opinii nie wiem, co Wam się podoba, a co nie :)


